Album Depeche Mode z 2009 roku to jedna z tych płyt, które zyskują po drugim i trzecim odsłuchu. Zamiast prostego zestawu singli dostajemy tu gęste, analogowe brzmienie, sporo detali i kilka utworów, które pokazują, jak dobrze ten zespół potrafił jeszcze wtedy łączyć chłód elektroniki z wyraźną emocją. W tym tekście rozkładam ten materiał na czynniki pierwsze: od miejsca w dyskografii, przez oprawę i brzmienie, po to, czy dziś nadal warto wracać do tej płyty.
Najkrótsza odpowiedź brzmi, że to album do słuchania w całości
- To 12. album studyjny Depeche Mode, wydany w Europie w kwietniu 2009 roku.
- Analogowe syntezatory i automaty perkusyjne budują tu bardziej chropowaty, retro-futurystyczny klimat.
- Promocję prowadził przede wszystkim singiel Wrong, ale album ma też mocne otwarcie i kilka spokojniejszych, bardzo dopracowanych momentów.
- Wersje specjalne i box set były częścią koncepcji, a nie tylko dodatkiem dla kolekcjonerów.
- Płyta zebrała dobre recenzje, choć część fanów uznała ją za mniej zwartą niż najmocniejsze wydawnictwa zespołu.
Miejsce albumu w historii Depeche Mode
Ja patrzę na tę płytę jak na moment, w którym Depeche Mode świadomie wracają do własnych korzeni, ale nie próbują robić muzeum z lat 80. To ich dwunasty album studyjny, nagrywany w Santa Barbara i Nowym Jorku z Benem Hillierem, czyli producentem, z którym zespół pracował już przy Playing the Angel. W praktyce oznacza to mniej kalkulacji pod radio, a więcej budowania nastroju i napięcia.
To także płyta z okresu, w którym zespół był już legendą, ale nadal chciał brzmieć aktywnie, a nie odtwórczo. Dla mnie najciekawsze jest tu napięcie między doświadczeniem a ryzykiem: Depeche Mode wiedzą, jak pisać duże refreny, ale nie idą na skróty. Zamiast tego dopracowują tekstury, rytm i przestrzeń między dźwiękami. I właśnie dlatego warto przyjrzeć się temu, jak album został wydany i doposażony w materiały dodatkowe.
Oprawa, edycje i materiał dodatkowy
Według archiwum Depeche Mode, ta płyta nie funkcjonowała wyłącznie jako standardowy album na jednej płycie. Otrzymała kilka wydań, a każde z nich było pomyślane jako osobny sposób obcowania z tym samym materiałem. To ważne, bo przy takim repertuarze forma wydania naprawdę ma znaczenie: nie chodzi tylko o muzykę, ale też o to, jak głęboko chcesz wejść w cały projekt.
| Wersja | Co zawiera | Dla kogo |
|---|---|---|
| Standardowe wydanie CD | 13-utworowy album bez dodatków | Dla osób, które chcą po prostu poznać płytę bez nadbudowy |
| Wersja CD+DVD | Album, teledysk do Wrong, film krótkometrażowy i materiały w 5.1 | Dla tych, którzy lubią widzieć kontekst powstawania muzyki |
| Deluxe box set | Trzy płyty CD, bonusowe utwory, remiksy, 14 dem, DVD i dwie książki | Dla kolekcjonerów i słuchaczy, którzy chcą pełnego archiwum sesji |
| Winyl i wydanie cyfrowe | Dla słuchaczy preferujących klasyczny nośnik albo wygodę pliku | Dla osób, które chcą dobrać format do sposobu słuchania |
Ta rozbudowana oprawa dobrze pokazuje, że zespół myślał o albumie jak o kompletnym świecie, a nie tylko o zbiorze piosenek. To z kolei prowadzi prosto do pytania, jak dokładnie brzmi sama muzyka, gdy odłożymy na bok opakowanie.
Jak brzmi od środka
Najmocniejszą cechą tej płyty jest jej fizyczność. Słychać tu analogi, szumy, pulsujące sekwencje i dużo więcej chropowatości niż w sterylnie wypolerowanym electro-popie. To nie jest album, który ma błyszczeć od pierwszej sekundy. On raczej rośnie razem ze słuchaczem, bo detale wychodzą dopiero wtedy, gdy naprawdę wsłuchasz się w warstwy.
Pierwsze minuty robią największą robotę
Jeśli miałbym wskazać fragment, od którego najlepiej zacząć, wybrałbym trzy pierwsze numery. In Chains buduje napięcie cierpliwie, Hole to Feed dokłada bardziej ruchliwy groove, a Wrong od razu pokazuje nerw i charakter całej płyty. To bardzo dobre otwarcie, bo nie obiecuje prostych fajerwerków, tylko stopniowo wciąga w klimat.
Przeczytaj również: P.Unity - Lovers' Disappearance - Dlaczego ten numer wymaga całości?
Głos Gahana i Gore’a działa tu jak kontrapunkt
Na tej płycie Dave Gahan i Martin Gore nie konkurują ze sobą, tylko wzajemnie się uzupełniają. Jeden wnosi bardziej cielesną energię, drugi wyraźniejszy dystans i melancholię. Dzięki temu nawet wtedy, gdy utwór jest oszczędny, nie robi się pusty. To ważne, bo przy takiej elektronice łatwo popaść w chłód bez treści, a tutaj ten problem w większości jest dobrze rozwiązany.
W praktyce album najlepiej sprawdza się w dobrych słuchawkach albo na porządnym zestawie głośników, bo wtedy słychać, jak wiele dzieje się w tle. I właśnie dlatego warto przejść od ogólnego wrażenia do konkretnych utworów, które najlepiej pokazują jego charakter.
Utwory, od których najlepiej zacząć
Jeśli ktoś ma tylko chwilę, ja zwykle nie polecam słuchania tej płyty losowo. Lepiej wybrać kilka numerów, które pokazują różne strony albumu: od nerwowego otwarcia, przez bardziej melodyjne momenty, aż po numer zamykający całość. Wtedy szybciej widać, że to nie jest album zbudowany wyłącznie na jednym singlu.
| Utwór | Co pokazuje | Dlaczego jest ważny |
|---|---|---|
| In Chains | Powolne wejście, gęste tło, cierpliwe budowanie nastroju | Ustawia całą estetykę płyty i od razu pokazuje, że to album „do wejścia”, nie do szybkiego odhaczenia |
| Hole to Feed | Więcej ruchu i rytmicznego nerwu | Dobrze łączy elektronikę z bardziej fizycznym pulsem |
| Wrong | Najbardziej bezpośredni singiel | Pokazuje, jak zespół potrafi zrobić utwór o natychmiastowej sile, ale bez banalnego refrenu |
| Peace | Spokojniejszą, bardziej refleksyjną stronę płyty | To jeden z tych numerów, które najlepiej wybrzmiewają po kilku odsłuchach |
| Jezebel | Balladowy ton i większą miękkość | Pokazuje, że album nie opiera się wyłącznie na ciemniejszych fakturach |
| Corrupt | Mroczniejsze domknięcie całości | Daje dobre zakończenie i przypomina, że to nadal płyta o napięciu, nie o wygładzeniu |
Gdy słucham tej listy w tej kolejności, album zaczyna się układać w bardzo spójną opowieść. A skoro wiemy już, gdzie naprawdę błyszczy, warto uczciwie powiedzieć, dlaczego nie wszyscy przyjęli go jednakowo entuzjastycznie.
Jak został przyjęty i komu polecam go dziś
Recepcja była ogólnie dobra, ale nie jednogłośna. Metacritic pokazuje wynik 70/100 przy 28 recenzjach, co dobrze oddaje charakter tej płyty: szanowana, ceniona za warsztat i atmosferę, ale niekoniecznie uznawana za najbardziej oczywisty klasyk w katalogu zespołu. I to ma sens, bo album nie idzie na skróty. On wymaga cierpliwości.
Ja polecam go przede wszystkim osobom, które lubią syntezatorowy rock i elektronikę z charakterem, a nie tylko utwory nastawione na natychmiastowy efekt. Jeśli ktoś oczekuje zwartej, „hitowej” płyty bez przestojów, może uznać ją za zbyt rozległą. Jeśli jednak lubisz albumy, które odkrywają się warstwa po warstwie, dostajesz bardzo dużo: od dobrego otwarcia, przez kilka świetnych melodii, po wyczuwalną świadomość własnej historii.
Właśnie dlatego ten album działa najlepiej jako całość, a nie jako zbiór pojedynczych utworów. To nie jest płytka „na jeden wieczór”, tylko wydawnictwo, do którego wraca się wtedy, gdy ma się ochotę na bardziej uważne słuchanie. I w tym sensie nadal broni się zaskakująco dobrze.
Na co zwrócić uwagę, gdy wracasz do tej płyty po latach
- Słuchaj jej w kolejności, bo układ utworów naprawdę wpływa na odbiór całości.
- Nie oceniaj jej po jednym singlu, bo największa siła płyty leży w detalach i przejściach między numerami.
- Zwróć uwagę na tekstury - szumy, warstwy syntezatorów i drobne załamania rytmu robią tu większą robotę niż przesadnie efektowne refreny.
- Porównuj ją raczej z późniejszymi, bardziej dojrzałymi albumami zespołu niż z najbardziej oczywistymi hitami z lat 90., bo wtedy łatwiej zrozumieć jej cel.
- Daj jej dobry odsłuch - słuchawki albo porządne głośniki wydobywają z tej produkcji dużo więcej niż telefon w tle.
Ja widzę w tej płycie przede wszystkim świadomy powrót do własnej tożsamości: mniej błysku, więcej faktury, mniej oczywistości, więcej atmosfery. I właśnie dlatego to album, do którego naprawdę opłaca się wracać, zwłaszcza jeśli lubisz alternatywny pop, elektronikę z ciężarem i płyty, które nie wyczerpują się po pierwszym odsłuchu.